czwartek, 15 sierpnia 2002

Znaleźne

- Mysiu, nie wiesz, gdzie położyłem wyciągi bankowe?
Jacek oderwał wzrok od monitora. Krzyś stał wsparty o framugę z pytającym wyrazem twarzy. Wyglądał ponętnie w długich bokserkach i popielatej bluzie. Jacek pomyślał, że za te nogi w grubych, wełnianych skarpetach oddałby cały świat. Od niedawna mógł się nimi cieszyć na co dzień i umiał to docenić. Z trudem oderwał wzrok od ideału.
- Ostatni raz widziałem cię z nimi w kuchni – stwierdził.
- I co z tego – westchnął Krzyś. – Tyle to i ja pamiętam. Chyba masz za dużą kuchnię, niestety… - znów westchnął zabawnie i obrócił się na pięcie.
- Nigdy tak o niej nie myślałem – uśmiechnął się Jacek. – Poza tym to nasza kuchnia – napomniał głośniej.
Postanowił zrobić krótką przerwę i ruszył śladem Krzysia. Skręcił, by zgasić światło w łazience, i zgarnął stos reklamówek z szafki w przedpokoju. Krzyś przeszukiwał w kuchni kolejne szuflady, niecierpliwie potrząsając czupryną.
- Nie tego przypadkiem szukasz? – podsunął mu wydruki.
- Aaaaaa… owszem. Podobno nie wiesz, gdzie są – Krzyś próbował odebrać papiery, jednak Jacek cofnął rękę.
- Nie tak szybko – pokręcił głową. – Gdybym ci powiedział od razu, nie mógłbym wystąpić o znaleźne.
- A występujesz? – w głosie Krzysia zabrzmiała wyraźna nadzieja. – Myślałem, że masz pilną robotę.
- Aż taka pilna nie jest – Jacek odłożył na bok ulotki i objął go wpół. – Zaczeka godzinkę…
Krzyś oparł głowę na jego ramieniu.
- To nierozsądne. Mister Pierdziuliński poczuje się rozczarowany twoją postawą. Zobaczysz, obetnie ci premię!
- Nie dowie się. Poza tym wszystko przez ciebie, na pewno by zrozumiał. Wystarczy spojrzeć… – wsunął dłonie pod krzysiową bluzę. – Wciąż mnie zadziwia, jaki jesteś gorący – wyszeptał mu do ucha.
- To jeszcze nic – Krzyś obrócił się wpół i polizał go po szyi. – Spróbuj niżej…
- Aż się boję.


Bał się naprawdę. "Takie historie się nie zdarzają", pomyślał nie po raz pierwszy. Zastanawiał się bez przerwy od ponad trzech miesięcy.
Poznali się w klubie, za sprawą Pi, który z przekąsem przedstawił Krzysia jako najgorętszy towar w mieście i okolicach. Cztery lata młodszy, przystojny w niemal uniwersalny sposób, po dwóch fakultetach, rozpoczynał błyskotliwą karierę w agencji reklamowej.
Pierwsze spotkania Jacek traktował niezobowiązująco: dawno nauczył się z dystansem podchodzić do nowych znajomości. Chadzali do kina, na imprezy, do restauracji. Krzyś żywił najwyraźniej coraz konkretniejsze zamiary, a gdy po kilku tygodniach zaproponował wspólny wypad w góry, Jacek zaniepokoił się nie na żarty. Dotąd musiał zabiegać o względy mężczyzn i przywykł do myśli, że żadnego nie utrzyma na dłużej. Tymczasem chłopak, o którym mógł tylko marzyć, najwyraźniej interesował się nim na serio: po powrocie z Zakopanego oznajmił rodzicom, że znalazł mężczyznę swego życia, spakował się i przeprowadził.
Jak gdyby nigdy nic.
Co w nim widział? Jacek dobiegał trzydziestki, pracował w biurze rachunkowym, celebrował prawdziwie starokawalerskie nawyki. O swojej urodzie mawiał "szok’n’go", nie był wylewny i raczej nie gustował w życiu towarzyskim. Przyjaciele określali go pieszczotliwie mianem wyemancypowanego kołtuna. Czym mógł zaimponować komukolwiek? Czym zainteresował Krzysztofa?
- Boję się sparzyć – wyszeptał bezradnie.
- Nie ma powodu – usłyszał spokojny głos. - Daj rękę, poprowadzę…
Poprowadził. Pocałunek smakował gorzko aromatem popołudniowej kawy. Jacek kochał popołudniową kawę Krzysia.


Świergot telefonu zaskoczył ich na podłodze. Słuchawka leżała na blacie. Zastygli spleceni w oczekiwaniu na kolejny sygnał. Przeczekali także trzeci.
- Nie odbieraj – słowa Krzysia płynęły bezgłośnie z oddechem. – To na pewno Kasak. Nagra się.
- Nie o tej porze – pokręcił głową Jacek. – Poza tym zadzwoniłby na komórkę.
Aparat znów się odezwał. Jacek wyśliznął się spod Krzysia i sięgnął po omacku do góry.
- Słucham?
- No cześć, co porabiacie?
- Zgadnij – znacząco zawiesił głos.
- Czyżby to, co myślę…? – Robert zachłysnął się teatralnie.
- Owszem – Jacek nie krył satysfakcji.
- Ups. Sory. Nie wiedziałem.
- Nie mogłeś wiedzieć – stwierdził tonem, który mówił raczej "nie mogłeś trafić inaczej". Robert jakby słyszał jego myśli.
- Ale mogłem przypuszczać – zachichotał. – Młodzi, świeżo sparowani… Jak wam się żyje na wspólnym gospodarstwie?
- Jak najlepiej – myśl o własnym szczęściu natychmiast nastroiła go pozytywnie. Spojrzał w dół na Krzysia, półnagiego, pośród rozrzuconej odzieży, z rękoma pod głową. "Kto to?", odczytał z ruchu warg. "Robert", odpowiedział, pochylił się i pocałował go w policzek.
– Powoli przestajemy się zadeptywać – powiedział wymijająco. Nie miał ochoty zbytnio się rozwodzić. – A co u ciebie? Nie odzywasz się jakoś ostatnio.
- Nie narzekam. Grudzień mnie wprawdzie nastraja jakoś zimowo, ale poza tym wszystko w porządku.
- A to już grudzień? – zdziwił się Jacek. – Nie zauważyłem…
Z rozrzewnieniem obserwował Krzysia, który wstał, zebrał rzeczy z podłogi i nastawił wodę. Przez chwilę studiował naklejki na puszkach z herbatą, a gdy dotarł do ulubionej, nasypał odpowiednią ilość do filtra i umieścił go w czajniczku.


- I co? – zapytał, ledwie Jacek odłożył słuchawkę.
- Umówiliśmy się pojutrze w mieście.
- Tyle słyszałem. Coś się stało? – usiadł na podłodze, oparł się o ścianę i przyciągnął Jacka do siebie.
- Nie wiem, chyba tak - stwierdził z wahaniem, moszcząc się między jego udami. - Chociaż może to tylko wrażenie.
- Cóż, Robi miewa swoje nastroje…
- Okresowo. Idziemy wybierać jakieś meble.
- Przeprowadzają się? Remont?
Jacek pokręcił głową.
- Raczej potrzeba odmiany – powiedział.
Przeczucie podpowiadało mu, że Robert nie zadzwonił ot tak, żeby pogadać, ani nawet żeby się umówić. W jego głosie wychwycił dobrze znany rodzaj niepokoju, jednoznaczny sygnał, że coś jest nie w porządku. Czyżby pokłócił się z Jarkiem? Kolejna scysja z ojcem? Na odpowiedź przyjdzie zaczekać: zanim Robert dojrzeje do zwierzeń, minie zapewne przynajmniej kilka dni.
- Jak znam życie, Jarek jeszcze o niczym nie wie – roześmiał się Krzyś. – Roberto podejmuje najważniejsze decyzje…
- Niekoniecznie, Słonko - zadumał się Jacek. - Otóż niekoniecznie.
Krzyś myślał już o czym innym. Oplótł go ramionami i pocałował w kark.
- Pal sześć ich obu – wyszeptał – wiesz, na co mam ochotę?
Jacek zamknął oczy. Podbrzusze Krzysia niemal parzyło przez cienki materiał spodenek. Ciepło przenikało go na wskroś. Czuł się bezpiecznie.
- Na herbatę? – uśmiechnął się przekornie. - A praca?
Krzyś oderwał usta od jego ucha.
- Może poczekać – zamruczał. – Sam mówiłeś.
Czajnik elektryczny pstryknął. Świat znów przestał istnieć.

czwartek, 1 sierpnia 2002

Punkt zwrotny

Świadomość nieodwracalności zdarzeń przyszła na trzeci dzień. Obudził się zlany potem, z czaszką obolałą od niespokojnych snów. Z trudem otworzył opuchnięte powieki. Po burzliwym weekendzie czekał go dzień pełen obowiązków, lubianych, ale nagle całkiem obojętnych. Przez chwilę rozważał, czy nie wykręcić się chorobą od przyjścia. Niewiele by skłamał: głowa mu ciążyła, w gardle czuł drapanie, w uszach dudniło. Słyszał, jak krew przedziera się falami przez skronie, pulsuje pod skórą obolałego karku.

Leżał jak zasnął, na skraju łóżka – nawyk ostatnich sześciu lat. Ręce pod głową, jedna wyciągnięta przed siebie, druga z dłonią przy uchu. Skupił spojrzenie na palcach, zwieszonych swobodnie poza łóżkiem, lekko już zdrętwiałych. Potem przewrócił się na plecy. Bezmyślnie wpatrywał się w dobrze znane nierówności sufitu, uwypuklone półmrokiem; między paskami żaluzji przebijały nieliczne smugi światła. Uzmysłowił sobie, że deszcz przestał padać. Szum wody, spływającej po balkonie i parapecie, przyniósł w nocy ukojenie.
Nikt nie przyszedł.
Z letargu wyrwało go bicie dzwonów w Katarzynce. Doliczył się dziewięciu uderzeń. Zaraz potem z wieży popłynęła "Oda do radości", za którą tak znienawidził Beethovena, gdy wprowadzili się z Jarkiem do tego mieszkania. Dwanaście razy dziennie rozbrzmiewała wśród zgrzytów starego mechanizmu, dopiero niedawno poddanemu gruntownej renowacji. Dziś nie zwrócił na melodię szczególnej uwagi.
Tknięty impulsem odwrócił się w nadziei, że przejścia ostatnich dwóch dni okażą się niebyłe, że miejsce obok nie jest puste. Na widok nieruszonej poduszki i wygładzonej kołdry poczuł mrowienie w żołądku. Sięgnął, by przekonać się o chłodzie pościeli. Przyłożył dłoń do kilku miejsc, każde okazywało się zimniejsze od poprzedniego. Oczy zapiekły, nagły lęk ścisnął gardło. Gwałtownymi ruchami oswobodził się spod kołdry i usiadł na brzegu materaca.
Nie pomogło. Serce waliło jak oszalałe, nie mógł oddychać. Ciężkie krople wystąpiły spod powiek na spieczoną twarz. Sięgnął po chusteczki higieniczne. Wydmuchał nos z całej siły. I jeszcze raz. "Spokojnie", pomyślał, "nie wolno się teraz rozkleić, nie stać mnie na to". Otarł łzy dłonią, potem chusteczką. Dwoma haustami wlał w ściśnięte gardłow wodę ze szklanki, dopiero wtedy zdołał zaczerpnąć powietrze do płuc. Podniósł się niechętnie i powlókł nogami w stronę drzwi.
W gościnnym wszystko zastał starannie uprzątnięte, ani śladu czyjejkolwiek bytności. Widok umytej filiżanki na ociekaczu w kuchni przygnębił go jeszcze bardziej, choć sądził, że to niemożliwe. "Nie jadł śniadania", pomyślał zaglądając do lodówki. Zaspał? Spieszył się? Wolał nie myśleć, dokąd i do kogo. Włączył radio i pstryknął guziczkiem czajnika. Szum wody z najnowszym hitem w tle niewiele pomógł: brakło szelestu papierów, mamrotania pod nosem, aromatu świeżej neski. Nie miał do kogo podejść, przysiąść na kolanach, szepnąć czułe słowo.
Chociaż, jeśli się zastanowić, ostatnio i tak tego nie robił…
Zadziwiało go własne opanowanie sprzed trzech dni, gdy zdobył się na rzeczowy ton i stwierdzenie: "dobrze, skoro tego właśnie chcesz". W środku coś pękało, lecz nie podniósł nawet głosu, gdy rozważał kwestie organizacyjne w obliczu zaistniałej sytuacji. Dziś nie potrafiłby równie spokojnie usiąść i wysłuchać, co Jarek ma mu do powiedzenia. Teraz, po tych upiornych kilkudziesięciu godzinach, chciał krzyczeć, pojechać gdziekolwiek by był, złapać za ramię, bić na oślep, a potem spojrzeć głęboko w oczy i wyszeptać zaklęcie, co do którego nie miał złudzeń, że coś by zdziałało: "Proszę, nie róbmy tego".
-Proszę, nie rób tego – powiedział głośno, lecz sam sobie wydał się mało przekonujący. – Nie rób tego. Proszę.
Puste ściany przerażały go. Nawet głośna muzyka nie zdołała ich wypełnić. Trochę tańczył, nerwowo chodził po pokojach. Raz po raz podnosił słuchawkę telefonu. Czekał, aż zadzwoni, chociaż sam nie był w stanie wybrać żadnego numeru. Ból nie pozwalał mu się przełamać.
Postanowił mimo wszystko pójść do pracy. Wszystko zdawało się lepsze, od szarpania się z własnymi myślami.
W łazience z niechęcią spojrzał do lustra. Włosy zmierzwione niespokojnym snem, twarz zszarzała. Zapuchnięte, czerwone powieki tylko potegowały wrażenie trupiej bladości. Odwrócił wzrok – halogeny raziły boleśnie.
Rozebrał się do naga. "Mój facecik", mawiał zwykle Jarek na widok jego chłopięcej, wysportowanej sylwetki. Dziś własne ciało wydawało mu się wychudzone, puste i niewarte uwagi. Nie czuł wody, spływającej po ramionach, brzuchu, udach. Skierował strumień wprost na głowę i wylał na włosy podwójną porcję szamponu. Piana gryzła w oczy, jednak obraz feralnego wieczora powracał wciąż od nowa, z przenikliwą wyrazistością.


Nieobecność Jarka nie dała mu do myślenia. Pociąg się spóźnił, poszedł na zakupy, spotkał kogoś po drodze i przyjął zaproszenie na piwo – czasy, gdy denerwował się podobnymi incydentami, należały do przeszłości. Wróci za chwilę, z kumplem lub bez, z kwiatami i butelką dobrego wina pod pachą, uśmiechnie się, pocałuje, i wszystko pójdzie w niepamięć. Jak zwykle…
Nic nie było jak zwykle.
Stanął w drzwiach przemoknięty, widać przyłapał go jeden z przelotnych deszczy, jakie nawiedzały ostatnio miasto. Pocałował Roberta bez słowa i ruszył do łazienki po ręcznik, którym natychmiast zaczął wycierać mokre włosy. Usiadł przy kuchennym stole, pod oknem. Jego sylwetka odbijała się w szybie, a dwoistość postaci sprawiała łukiem symetrycznie przygarbionych pleców niepokojące wrażenie.
Z wdzięcznością przyjął kubek świeżo przyrządzonego bulionu. Tak, chodził po dworze, spacerował niejako, potrzebował czasu do namysłu.
- Długo się zastanawiałem – zaczął cicho i były to jego pierwsze słowa. – Od dawna, ale właśnie podjąłem decyzję. – Sięgnął do kurtki, wyjął papierosy i zapałki. Wreszcie, także po raz pierwszy od powrotu, podniósł wzrok i spojrzał na niego.
- Chcę spróbować żyć na własny rachunek – powiedział. I po krótkiej pauzie dodał – Chociaż spróbować. Czuję się zmęczony, bardzo zmęczony…
Robert się nie zdziwił. Spojrzał w czerń nocy za szybą. Znów padało, pojedyncze krople skrzyły przelotnie w świetle latarni. Osunął się na krzesło. Nie widział nic, nawet własnego odbicia.
- Na pożegnalny seks nie mam co liczyć, prawda? – zapytał domyślnie.
"Dziś Mikołaja", przypomniał sobie i zacisnął dłoń na puzderku w kieszeni bluzy. "Dlaczego w ogóle nie ma śniegu?"

Blog Okroochy stanowi część platformy QueerPop.pl (cc) 2005-2008 by pietras
Wszystkie teksty autorstwa pietras/koosie/kusy/Marcin Pietras na tej stronie objęte są licencją
Creative Commons 2.5PL (Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych)