czwartek, 1 kwietnia 2004

Plamy na słońcu

- Krzysiu! - głos kobiety wyrwał go z płytkiej drzemki. Wyjątkowo późno wrócił do domu, ledwie usiadł w fotelu, od razu odpłynął. Zawalony pracą tracił wzrok od ciągłego wpatrywania się w rzędy cyfr na wydrukach i monitorze. Całe szczęście, okres urlopowy zbliżał się wielkimi krokami.
- Śpisz? - matka stanęła w progu, sama nieco ospała.
- Nie - zaprzeczył mlaskając z poczuciem nieprzyjemnej suchości w ustach. - Odpoczywam.
- Czekałam na ciebie - podeszła bliżej i położyła mu dłoń na ramieniu. - Kolacja całkiem wystygła.
- Mówiłem, żebyś nic nie przygotowywała - przypomniał.
- Gadaj zdrów, nie możesz jadać tylko suchych bułek w biegu - cmoknęła z dezaprobatą. - Póki jest Jacuś, jeszcze cię jakoś mobilizuje, żebyś o siebie zadbał, ale starczy, że wyjedzie choćby na chwilę, wracasz do starych nawyków…
- Mamo! - jęknął.
- Nie mamuj mi tu - najwyraźniej przygotowała się, by mu powiedzieć kilka słów do słuchu. - Kto to widział! Na pewno nie miałeś czasu na porządny obiad.
Nie zaprzeczył.
- Tak myślałam - powiedziała i zdecydowanym ruchem pociągnęła go za rękę. - Marsz do kuchni!
- Jest prawie dziesiąta - zaprotestował ostatkiem sił.
- Lekka zupa nie zaszkodzi ci nawet na noc - zawyrokowała hałasując talerzami. - Nie po to cały dzień sterczałam w kuchni. Poczekaj tylko, wszystko powiem Jackowi. Kiedy wraca?
- Dziś w nocy - mruknął Jacek - brakuje tylko, żebyś mu prawiła kazania na mój temat.
Po kuchni rozszedł się apetyczny aromat, Krzyś nagle poczuł bolesny skurcz żołądka. Od kilku godzin nie miał w ustach nic oprócz przesłodzonego batona, ale do tego nie przyznałby się za nic w świecie.
Czuł się nieodmiennie zaskoczony, jak wiele zmieniło się od chwili, gdy Jacek nastał w jego życiu. Zauroczył spokojem, kulturą i taktem. Miłością, z jaką się kochał, ciepłem dłoni i oczywistością wyznań. Wprawdzie z pozoru to Krzysztof przejawiał inicjatywę, postawił wszystko na niepewną kartę. Przez cały czas nie opuszczało go jednak wrażenie, że tak naprawdę jest dokładnie odwrotnie: to Jacek po cichu, kroczek po kroczku przebudowuje jego świat. W końcu swoją dobrocią zjednał sobie wszystkich, włącznie ze zdziecinniałym ojcem i matką, która z zaciekłej przeciwniczki niepostrzeżenie stała się jego największą sojuszniczką.
Oderwał się od własnych myśli i zerknął przez stół. Matka obserwowała go bacznie, okręcając wokół palca pasek od fartucha.
- Mogę cię o coś spytać? - zebrał się na odwagę.
- Oczywiście, synku - oparła natychmiast, na wpół automatycznie.
Odłożył łyżkę na bok, poczuł, że zaczynają mu drżeć palce.
- Sporo ostatnio z Jackiem rozmawialiśmy… - zaczął powoli - zastanawialiśmy się…
Przyglądała mu się wyczekująco, nie wiedząc, do czego zmierza.
- To tylko taki pomysł, myśl… Ciekaw jestem, co ty na to…
- Ale na co, Krzysiu? - wydawała się coraz bardziej zaintrygowana.
- Lubisz Jacka, prawda? - zagaił z innej beczki.
- No wiesz! - obruszyła się prawie i przyjrzała mu się badawczo. - Powiedz-że wreszcie o co ci chodzi. Chyba nie jest chory?
"No, w ciąży nie jest na pewno", mignęło mu przez głowę i ta myśl nagle go ośmieliła, prawie się roześmiał.
- Wręcz przeciwnie - zaprzeczył. - Chciałem się tylko upewnić, czy nie przeszkadza ci jego obecność.
Kobieta spojrzała na niego urażonym wzrokiem.
- Nie patrz tak - uprzedził pretensje - dobrze pamiętam, co na niego wykrzykiwałaś!
- Nie znałam go wcale - wzruszyła ramionami.
- Czyli go lubisz? - upewnił się.
To już nie przeszło jej przez gardło. Skinęła tylko głową i uśmiechnęła się prawie matczynym uśmiechem.
- Co wymyśliliście? - zapytała dla zachowania pozorów.
- Sporo mieliśmy ostatnio wydatków - stwierdził spokojnie. - Wiesz doskonale… Rozważyliśmy różne możliwości, i doszliśmy do wniosku, że… Jacek mógłby sprzedać mieszkanie, nie potrzebujemy przecież dwóch - przełknął ślinę napierającą na gardło. - Część pieniędzy można włożyć w jakąś lokatę. Zawsze to jakieś zabezpieczenie.
Urwał niepewny efektu. Spojrzał jej prosto w oczy i uśmiechnął się zachęcająco.
- Co o tym myślisz? - zapytał.
- Dziecko drogie - powiedziała tylko - co ty mówisz?

--------------------------------------------------

Telefon rozdzwonił się z samego rana. Robert sięgnął leniwie po aparat przeklinając w duchu, że nie wyłączył go poprzedniego wieczora. Miał za sobą wyczerpujący tydzień, przynajmniej w weekend należało mu się trochę spokoju.
- Tak? - rzucił mało zachęcająco.
- Słyszałeś nowinę? - Darek nie silił się na wstępy, wyraźnie rozemocjonowany.
- Aresztowali Szymona - wzruszył w odpowiedzi ramionami.
- Co takiego? - zająknął się tamten.
- Zgarnęli go z baru - poinformował spokojnie. - Wylądował w areszcie, wygląda na to, że szybko się nie wygrzebie.
- Ale… - Darek najwyraźniej nie mógł skupić myśli - za co?
- Za wszystko, poniekąd - Robert nie krył satysfakcji. - Zdaje się, że głównie za narkotyki.
W słuchawce wciąż panowała cisza, mówił więc dalej.
- Z tego co wiem, Jarek też zamierza wtrącić swoje trzy grosze. Zresztą, sami do niego zadzwonili, obserwowali ich od tygodni. Wyobrażasz sobie, w co on się mógł wpakować?
- O kurwa!
- Właśnie - przytaknął mściwie. - Na szczęście sprawę prowadzi ktoś rozsądny, wykluczyli go na starcie. Za to nieźle się napatrzyli… - zachichotał - część materiałów utajniono ze względu na drastyczne treści erotyczne. Skoki z balkonu to pestka.
Wstał i otworzył żaluzje. Mimo wczesnej pory słońce świeciło z pełną mocą, upał stawał się nie do wytrzymania już przed południem. Spojrzał prosto w jasną tarczę i z ulgą pogratulował sobie, że jego własne życie płynie tak banalnie.
- Ale ty zdaje się z czymś innym? - zmienił temat.
Darek oprzytomniał i niemal się nie udławił.
- No właśnie, wiesz co się stało? - zawołał i nie czekając na reakcję wrzasnął triumfalnie: - Piotrek odzyskał przytomność!!!
Tym razem Robertowi odebrało mowę.
- Matko boska! - powiedział tylko.
- Trzy dni temu wieczorem ocknął się na chwilę - Darek wyrzucał słowa z prędkością karabinu. - Wczoraj się obudził i dochodzi do siebie. Lekarze badają, w jakim jest stanie.
- Matko boska! - powtórzył Robert.
- Prawdopodobnie skończy się na lekkim niedowładzie, nie wiadomo co z mózgiem, ale na razie wszystko wygląda ok.
- A Leszek?
- Nie pytaj! - Darek ucieszył się jeszcze bardziej, jakby co najmniej sam wybudził Piotra ze śpiączki. - Zadzwonił do mnie w środku nocy. Świruje jak dziecko, nie opuszcza Pi ani na chwilę.
Robert zbierał w pośpiechu myśli.
- Zadzwonię do niego - powiedział stanowczo. - Mogę oddzwonić później?
- Spoko, i tak zaraz wychodzę. Chciałem ci tylko powiedzieć - Darek roześmiał się radośnie. - Przecież nie będę takich niusów puszczał esemesem, co nie?
Robert rozłączył się w poczuciu niejakiego osłupienia. Ile to trwało: miesiąc, półtora? Niemal przywykł do poczucia zawieszenia wydarzeń, nawet nie zorientował się, kiedy przestał czekać na wiadomości. Dobre, złe - jakiekolwiek.
"Wszystko dzieje się tak niespodziewanie", pomyślał i nie wiedzieć czemu znów przypomniał sobie radosne ogniki pod długimi rzęsami Marka. Przez chwilę wahał się, który numer wybrać najpierw.

poniedziałek, 15 marca 2004

Sześć stóp nad ziemią

Darek spojrzał na zegarek, chyba po raz dwusetny tego wieczora. Podniósł się z krzesła i rozpoczął nerwowy marsz po pokoju. Najchętniej wyruszył by na poszukiwania, ale dokąd? Dzwonić przestał, gdy po kolejnej próbie zorientował się, że komórka Troya leży na półce w łazience.
Minęło wpół do trzeciej w nocy, a po Tadeuszu wciąż ani śladu. Trzy godziny wcześniej Darek bagatelizował tę nieobecność, teraz całkiem poważnie się niepokoił. Tadziowi nie zdarzyło się dotąd ani razu zniknąć bez słowa uprzedzenia. Jeśli już się umawiał - na spacer, do knajpy - określał przynajmniej, dokąd i na jak długo wychodzi. Coraz częściej jednak spędzali czas wspólnie, równie często Darek łapał się na myśli, że chyba za szybko przywyka do takiego stanu rzeczy i uznaje go za oczywisty.
Urzekała go niewymuszona otwartość, z jaką traktował go ten chłopak. Bywało, czasem czuł się jak ojciec, do którego dzieciak przybiega z rozbitym kolanem. Widział, że mu ufa, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Waldek po raz kolejny wykazał się talentem do skutecznego perswadowania i jedną wizytą uciął problem, który zdawał się nie do rozwiązania.
Rozmowa była rzeczowa: ojczym otrzymał satysfakcjonującą sumkę jednakże z przykazaniem, by nie mieszał się więcej w sprawy pasierba. Panowie pożegnali się chłodnym uściskiem dłoni i wyszli, zanim tamten zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dając tym samym do zrozumienia, że uważają dyskusję za skończoną.
Z dnia na dzień Troy rozkwitł. Jego niepohamowany entuzjazm uświadomił Darkowi, w jak wielkim napięciu dotąd żył. Niemal codziennie namawiał go na spacer, wyciągał do miasta, do kina, na wycieczkę. Darek starał mu się nie narzucać niepewny, na ile nagły przypływ serdeczności wynika z autentycznej sympatii, a w jakim stopniu z poczucia wdzięczności.


Zaklął pod nosem. Złamał się ostatecznie, i choć nie dopuszczał myśli o najgorszym, sięgnął po książkę telefoniczną. Błądził palcem po skorowidzu specjalności lekarskich, gdy dobiegł go odgłos klucza przekręcanego w zamku. Zerwał się na równe nogi i pobiegł do przedpokoju.
Troy wsunął się chwiejnie do mieszkania. Wzdrygnął się zaskoczony widokiem Darka, sprężonego do ataku.
- Cześć, co robisz? - zapytał niezbyt pewnie.
- Gdzie się podziewasz? - odpowiedział Darek pytaniem. - Zamartwiam się o ciebie.
- Wybrałem się na spacer - zaczął buńczucznie Troy, ale szybko uległ karcącemu spojrzeniu. - Tak jakoś zeszło…
- Spacer? - Darek zmarszczył czoło. - W środku nocy?
- No… nie - Troy oparł się asekuracyjnie o ścianę. - Spotkałem Mikiego… trochę się zagadaliśmy…
- Mikiego?
- Robert wyrzucił go z domu, miał jakąś pilną robotę - wyjaśnił Troy. - Pojechaliśmy nad morze, do Sopotu, poszliśmy do knajpy…
- Mogłeś zadzwonić - zaczął Darek z wyrzutem, ale wpół myśli machnął ręką. - Nieważne…
Troy patrzył na niego wielkimi oczami, wyraźnie skruszony.
- Przepraszam, nie pomyślałem - powiedział cicho. - Nie było cię w domu, nie mogłem usiedzieć sam, musiałem się dokądś wyrwać.
- Mogłeś chociaż zadzwonić - napomniał - Chodź do mnie…
Wystarczyło, że poczuł w ramionach drobne ciało, i zniecierpliwienie uleciało, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Zamartwiałem się o ciebie - w skupieniu głaskał Troya po jedwabistych włosach - takie wyprawy są niebezpieczne…
Troy potarł głową o jego bark.
- Przepraszam, nie sądziłem… - wyszeptał. - Mocno się gniewasz?
W Darku coś nagle wezbrało, w klatce piersiowej wezbrało dobrze znane ciepło.
- Kocham cię, głuptasie - wreszcie to powiedział i sam się zdziwił, że to było takie proste.

---------------------------------------------------

Najpierw pojawiły się dźwięki. Dobiegały zewsząd i znikąd, słyszał je wyraźnie, choć nie potrafił zlokalizować źródła ani przyczyny. Krótkie, prawie znajome. Czasami następowały w dłuższych seriach, płynęły równolegle. Potem ucichały, a ich miejsce zajmowały nieuchwytne szelesty, które wkrótce przyjmowały postać różnobarwnych plam, rozlewających się w szerokie zakola o nieokreślonym kształcie. Pozwalał im się nieść, niezdolny do jakiegokolwiek działania.
Najbardziej lubił, gdy przepływały przez niego niepostrzeżenie, obracając się stopniowo we własne przeciwieństwo. Bawiły się nim a on trwał w nich i na nich, póki nie rzedły na tyle, że na dobre pogrążał się w przestrzeni. Prędzej czy później zawsze zapadała absolutna ciemność. Przestawał wtedy istnieć, choć jednocześnie trwał w oczekiwaniu na powrót.


Tym razem wszystko było wyraźniejsze. Jakiś odgłos wyrwał go z niebytu i skupił jego uwagę. Znów otaczały go dwie splecione melodie,
- O której jutro przyjdziesz? - usłyszał nagle wyraźnie i nagle jakby coś go wypełniło. Uświadomił sobie siebie samego.
Coś gdzieś zamrowiło, znajome doznanie, którego przelotna fizyczność była tak zaskakująca, że nie zdążył go nazwać. W miejscu, gdzie nastąpiło, urzeczywistnił się nagle jakiś fragment cielesności, dwa konkrety, które intuicyjnie nazwał ustami. Coś kazało mu je otworzyć, przeczuwał, skądś wiedział, że jeśli zmusi je do uległości, wydarzą się na dobre. Nie wiedział, jak to zrobić, choć był pewien, że powinien wiedzieć. Maksymalnie skoncentrował się na jedynych odzyskanych mięśniach, ale bez skutku. Coś w nim błysnęło, w uszach zaświszczał pęd powietrza.
- Trochę później. Muszę dłużej zostać w pracy - dotarło jeszcze do niego i jakaś siła poderwała go wysoko do góry.


Kiedy wrócił następnym razem, zlokalizował się w białym sześcianie. Wszystko wokół wirowało powoli, prawie nieznacznie, i choć zdawało mu się, że tkwi w miejscu przeczuwał, że to tylko złudzenie. Lewitował tak całe stulecia, potem ciszę w jego umyśle przerwało chrząknięcie i zatrzymało go w miejscu, gdzie naprawdę się znajdował.
W jednym olśnieniu wszystko wróciło. Zrozumiał, kim jest i co słyszy, z nagłym spokojem analizował spływające informacje: ruch powietrza, ciężar kołdry, suchość w ustach, migotanie pod powiekami. Uchylił je z trudem ale od razu z powrotem zamknął, gdy ostre światło boleśnie wdarło zakłuło w źrenice.
Przejechał językiem po ustach w poszukiwaniu wilgoci. Ściśnięte gardło pulsowało nieznośnym swędzeniem. Z trudem przełknął zgęstniałe resztki śliny.
- Gdzie jestem? - zapytał bezgłośnie.
- Mój boże! - rozległ się pełen niedowierzania szept. Z trudem zwrócił ku niemu głowę, a właściwie zdawało mu się, że to robi. Uświadomił sobie, że nie drgnęła nawet o milimetr.
- Nie czuję szyi - stwierdził bez zdziwienia, chyba na głos.
Przez długie ułamki sekund w pokoju panowała cisza. Potem usłyszał jęk, coś runęło z hukiem i trzasnęły gwałtownie otwarte drzwi.
- Leszek! - wołał ktoś w nieskończoną przestrzeń - Zawołajcie Leszka! Chyba się obudził!

poniedziałek, 1 marca 2004

Legowisko

Środki ostrożności zawiodły. Usiłował bezszelestnie otworzyć drzwi i dostać się do mieszkania, jednak ledwie tylko postawił torbę na ziemi, w drzwiach małego pokoju pojawił się Miki: półnagi i zaspany, prawie osuwał się po framudze.
- Już jesteś? - zabawnie przecierał oczy pięściami. Bokserki zsunęły mu się zalotnie z bioder, odsłaniając ponętną smugę zarostu poniżej linii brzucha. Robert uśmiechnął się pod nosem.
- Kładź się z powrotem - powiedział spokojnie. - Przepraszam, nie chciałem cię budzić…
- Nie ma sprawy - ziewnął w odpowiedzi chłopak. - Chcesz pić albo coś zjeść? Podgrzeję…
- Nie wygłupiaj się - Robert poczuł się niemal wzruszony. - Wypiję trochę gorącego mleka i kładę się spać. Jestem skonany. Nie spałem ponad dobę.
Miki z niejakim trudem uniósł wyżej powiekę i przyjrzał mu się badawczo.
- Nie wyglądasz - orzekł obojętnie.
- Jutro zacznę wyglądać - Robert potargał go po czuprynie. - No już, wracaj do łóżka!
- A przyjdziesz do mnie na chwilę? - znów ziewnięcie.
Robert pokiwał głową i wskazał brodą drogę do sypialni.
- To przynieś mi coś ciepłego - ożywił się na moment Miki. - Najlepiej kakao.
Oderwał się od framugi i spowolnionym krokiem, powłócząc nogami ruszył do pokoju.
- Aha - przypomniał sobie. - Jarek zostawił wiadomość na półce.


Sięgnął po kartkę z pewnym ociąganiem. "Dzięki za użyczenie mieszkanka", przeczytał. Rozczarowany obejrzał papier z drugiej strony, ale był pusty. Odłożył notatkę na stół i sięgnął do lodówki. Ciężki karton z mlekiem o mało co wyśliznął mu się z dłoni. Nalał ostrożnie, wstawił kubki do mikrofalówki i wsunął pojemnik na miejsce.
Spłukał twarz chłodną wodą. Od kilku dni nie opuszczało go uczucie pieczenia na policzkach i skroniach, jakby nie schodziły z nich rumieńce ekscytacji. Tak wiele się wydarzyło, że pogubił się całkiem we własnych emocjach, nagle wystawionych na niespodziewaną próbę.
Kiedy Jarek zadzwonił po pomoc, Robert z początku nie rozumiał, czego od niego oczekuje. Po krótkiej rozmowie zaproponował spotkanie. Przyszedł od razu i przeraził go swoim wyglądem. Szaroblady, z zapadniętymi policzkami, poczerwieniałymi i rozbieganymi oczami, nie potrafił usiedzieć w miejscu. Co chwilę zrywał się, długimi krokami krążył po pokoju. Znów palił, i to dużo. Prawie nie odrywał papierosa od ust, nerwowo ściskał filtr w drżących palcach.
W Robercie drgnęła dawno wyciszona struna, o której istnieniu - jak sądził - dawno już zapominał. Z ledwością opanował czulsze odruchy i ograniczył się do położenia Jarkowi dłoni na ramieniu.
- Muszę na jakiś czas zniknąć - powiedział Jarek cicho i spojrzał na niego wyczekująco.
- To znaczy?
- Wyrwać się - powiedział Jarek. - Duszę się, czuję się osaczony.
- Jedź dokądś, rozerwij się trochę - zaproponował Robert.- Odpocznij.
Jarek pokręcił głową.
- Mam do załatwienia kilka pilnych spraw.
Zacisnął usta na wymiętym niedopałku. Rysy zastygłe we wściekłym grymasie sprawiły, że Robert poczuł lęk, nie wiedzieć: bardziej o Jarka, czy… przed Jarkiem?
- To może… - zawiesił głos niepewny, czy faktycznie chce powiedzieć, co mu przyszło do głowy - Jeśli chcesz, mieszkaj… tutaj. Ja wyjeżdżam na jakiś czas - dodał szybko.
- U ciebie? - Jarek zatrzymał się przy oknie. Spojrzał na niego przenikliwie, z niejakim niedowierzaniem. Nawet jeśli o tym myślał, tak otwarta propozycja wyraźnie go zaskoczyła.
- Spoko - brnął dalej Robert. - Tyle że z Mikim. Bywa tu prawie codziennie na noc…
- Miki? - Jarek bezskutecznie szukał w pamięci. - Czy coś przegapiłem?
- Nic z tych rzeczy - objaśnił Robert rozważając jednocześnie, co właściwie Miki robi w jego mieszkaniu i jaki jest jego status. - Po prostu… pomieszkuje - powiedział wreszcie i mimochodem zastanowił się, czy Jarek w ogóle go sobie przypomni:
- Bardzo miły chłopak, na pewno znajdziecie wspólny język.
Sytuacja wyglądała poważnie. Jarek uciekał, Robert mógł łatwo zgadywać przed czym lub przed kim. Z drugiej strony jednak Jarek nie przyszedł w żalach, nie oczekiwał wsparcia emocjonalnego. Szukał mety, kryjówki, w której mógłby wylizać się z ran i doprowadzić swoje życie do porządku. Żadnych uprzejmości, układów czy propozycji. Proste pytanie alternatywne, na które istniały tylko dwie odpowiedzi.
Nie zaproponowałby nic, gdyby Marek nie zaprosił go do siebie kilka dni wcześniej. Do tej pory ociągał się i wykręcał brakiem wolnego, teraz jednak w ciągu ułamka sekundy podjął decyzję.
- Nie będzie mnie pewnie z tydzień - powiedział głośno. - Może nawet dłużej…
- Tydzień wystarczy - rzucił sucho Jarek. Zorientował się, co powiedział i nieco uprzejmiejszym tonem dodał: - Jeśli nie masz nic przeciw temu.


- Żyjesz? - usłyszał zza ściany.
- Miałeś spać - powiedział głośno.
- Czekam na ciebie - w głosie Mikiego zabrzmiała wymówka. - Co z tym kakao?
Robert szybko rozrobił granulki w gorącym płynie. Wokół rozszedł się niedzielny, czekoladowy aromat. Brakowało tylko bułki z żółtym serem i pomidorem, pokrytym z wierzchu szczypiorem, starannie pokrojonym starymi nożyczkami babci. Na samo wspomnienie głośno przemknął ślinę.
Ustawił kubek na półeczce przy łóżku. Miki chwycił go za rękę i pociągnął do siebie.
- Muszę się jeszcze umyć - próbował stawiać opór. Miki prychnął w odpowiedzi i otoczył go ramionami.
- Rano się wykąpiesz - orzekł autorytarnie. - Nie będziesz mi tu teraz hałasował.
Robert uległ bez żalu. Ciało chłopaka emanowało przyjemnym ciepłem, pościel pachniała najsłodszym snem. Nagle ogarnął go niemal bezwład, powieki nieodwracalnie zaciążyły. Ostrożnie ułożył się na skraju łóżka.
- I jak było? - zapytał Miki i przysunął się do niego.
- Bosko - zamruczał Robert - jestem po prostu przerażony.
- To dobrze - wymamrotał chłopak - Będę miał gdzie mieszkać.
Robert zastygł nagle otrzeźwiony jego intuicją.
- Ciekawe skąd wiesz, że ci pozwolę - zapytał. Poczuł, jak Miki wzrusza ramionami.
- Przecież mnie lubisz - powiedział i wtulił ufnie twarz w jego szyję.
Robert zdążył jeszcze pomyśleć, że musi z nim poważnie porozmawiać. Napomykał już o jakieś szkole policealnej, może nawet o studiach, ale temat od tygodni wisiał w powietrzu bez konsekwencji. Ani się obejrzą, i nadejdzie termin egzaminów. Tak, koniecznie trzeba to załatwić.
"I co z tym zrobimy?", pomyślał, ale już całkiem innym głosem. Słodkim, spokojnym, kojącym. Radiowym. Telefonicznym. Pod powiekami zamigotał cień długich rzęs, w ustach zebrała się słodycz. "Jesteśmy dorośli", odpowiedział z trudem skupiając się na własnych słowach. Tylko czy nam się jeszcze chce.
"Kocham cię", powiedział Marek zanim zniknął. Robert odpłynął na dobre, chwilowo musiało mu to wystarczyć za całą odpowiedź.

niedziela, 15 lutego 2004

Zaułek

Powoli zbliżali się do granicy Sopotu. Krzyś szturchnął Jacka w ramię. Sam miał ochotę zamknąć oczy i zapaść w drzemkę. Jaskrawe słońce niemal paliło przez przednią szybę Otwarte okna w niczym nie umniejszały męczarni - strumienie gorącego powietrza krążyły po kabinie nie przynosząc wytchnienia. Krzyś nie po raz pierwszy pomyślał o zmianie samochodu.
- O której będziesz w domu? - Jacek chwycił teczkę i zastygł z ręką na klamce w oczekiwaniu na dogodny moment.
- Poczekaj, zaparkuję - Krzysztof zjechał na wysepkę przy miejskim parkingu. - Nie wiem, podejrzewam, że przed wieczorem nie wyrobię. Skoro już jadę do Gdyni, chciałbym chociaż na chwilę wpaść do szpitala. Lech pewnie dyżuruje, jak zwykle.
- Szkoda, też bym go chętnie odwiedził - westchnął Jacek
- Przecież nie jadę tam od razu. Może wsiądziesz po spotkaniu w jakiś trolejbus, wrócimy razem - Krzyś uśmiechnął się zachęcająco.
Wobec rosnących wydatków obaj podjęli dodatkowe zajęcia i istniała obawa, że wkrótce ograniczą kontakty wyłącznie do wymiany żółtych karteczek i esemesów. Każda spędzona razem chwila zaczęła nosić znamiona święta, zwłaszcza jeśli nie byli na tyle zmęczeni, by marzyć tylko o kąpieli i wygodnym, pachnącym łóżku.
- Świetny pomysł. Dam ci sygnał, jak będę wolny.
- Leć już, robi się późno - Krzyś przechylił się po przelotnego całusa i poprawił Jackowi grzywkę. - Nie możesz przecież kazać czekać takiemu ważnemu klientowi.


Przytrzymał uchylone drzwi, napuszczając do samochodu rześkie powietrze. Z czułością obserwował Jacka, który coraz szybszym krokiem oddalał się, wkrótce zniknął między krzakami parkowej alejki. Raz czy drugi wyłowił wśród świeżej zieleni kremowe plamy lekkiej kurtki, potem jego uwagę bez reszty przykuła cudownie jasna barwa młodych listków. Przysiągłby, że słyszy ich delikatny szelest, a przecież nie zgasił nawet silnika.
Postanowił odpocząć chwilę przed dalszą drogą, pożałował nawet, że nie wpadł pomysł odprowadzenia Jacka aż na miejsce. Namiastka romantycznego spaceru niewątpliwie dobrze by mu zrobiła. W codziennym zabieganiu coraz bardziej potrzebował chwili wytchnienia. Dobrze, że zbliża się sezon urlopowy, sama myśl, że może zastanawiać się nad wyjazdem, znacznie go podbudowała.
Ostatni raz odetchnął i cofnął się na fotel kierowcy. Spojrzał na jezdnię z zamiarem włączenia się między nadjeżdżające samochody, ale jego uwagę przykuło scena na chodniku po przeciwnej stronie ulicy.
Zza rogu wyłonił się mężczyzna w luźnym, sportowym stroju. Poruszał się dziwnie, sunął ukradkiem wzdłuż ścian kamienic. Krzyś nie potrafił skojarzyć kogo widzi - przygarbione plecy, nogi lekko ugięte, jakby przyczajone do skoku lub ucieczki, odwrócona głowa i twarz ukryta w cieniu. Mężczyzna rzucał niespokojne spojrzenia przed siebie, czasem oglądał się z obawą, że ktoś zajdzie go od tyłu.
Wszystko to fascynowało Krzysia coraz bardziej, na moment przestał nawet zastanawiać się, kogo widzi. Tymczasem tamten najwyraźniej uznał teren za bezpieczny, bo nieco się wyprostował i pewnym krokiem ruszył na jezdnię, przecinając ją w niedozwolonym miejscu, trochę po skosie, jakby na zawołanie kierując się w stronę miejsc parkingowych, z których był obserwowany. Dokładnie w tej samej sekundzie Krzysztof go rozpoznał.
Odruchowo zsunął się w dół i wbił głęboko w siedzenie, choć zdawał sobie sprawę, że nie zdoła się ukryć. Z drugiej strony tamten wydawał się na tyle zafrapowany swoimi sprawami, że kompletnie nie zwracał uwagi na nic, co nie leżało w kręgu jego zainteresowań. Być może minąłby go nie zauważając, gdyby nie audi, który śmignął znienacka tuż za jego plecami, głośno trąbiąc na nieoczekiwanego przechodnia, który zaskoczony uskoczył na bok, lądując prawie na masce zaparkowanego auta.


- Jarek? Gdzie ty się podziewasz? - Krzyś uśmiechnął się niezbyt naturalnie, rozważając w popłochu, czy przyznać się, co widział. Jarek spojrzał na niego nieprzytomnie i w ułamku sekundy rozwiał wszelkie wątpliwości.
- Kris! - zawołał z wyraźnym uczuciem ulgi. - Jak się cieszę, że tu jesteś! - z jego twarzy emanowała autentyczna radość. Bez namysłu otworzył tylne drzwi i wsunął się na siedzenie za kierowcą - Czekasz na kogoś, przyjechałeś, odjeżdżasz? - prawie krzyknął mu do ucha.
Krzysztof poczuł się lekko oszołomiony rozwojem wypadków.
- W zasadzie ruszam - odruchowo wskazał na stacyjkę.
- Doskonale! - entuzjazm Jarka wydawał się w równym stopniu autentyczny, co udawany. - A mógłbyś wstrzymać się jeszcze przez minutkę?
- Nie ma problemu - przytaknął. - Nie spieszy mi się aż tak bardzo.
Umilkli. Jarek z niejakim trudem łapał oddech. Czy to z wysiłku, czy zdenerwowania, nabierał powietrze wielkimi haustami, zatrzymywał je w płucach, by wreszcie wypuścić ze świstem przez rozszerzone nozdrza. Ukradkiem wytarł wyimaginowany pot z czoła. Krzyś z niepokojem obserwował w lusterku jego poczynania.
- W którą stronę jedziesz? - zagaił przytomnie.
- Co? - Jarek wciąż rozglądał się na boki. - Nie wiem... do domu... chyba. Albo nie... - znów urwał niezdecydowanie po czym odwrócił pytanie - A ty?
- Do Gdyni.
- Może być do Gdyni - zgodził się natychmiast Jarek i zamilkł, uznając najwyraźniej kwestię za zamkniętą. Z natężeniem wpatrywał się w wylot uliczki, z której przed chwilą wyszedł Parę razy głośno przełknął ślinę.
Wreszcie na kościelnej wieży nieopodal wybiła okrągła godzina. Chropowaty, rozstrojony dźwięk odmienił Jarka jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W mgnieniu oka poderwał się i prześliznął na przednie siedzenie po prawej stronie.
- Co za upał! - stwierdził zachrypniętym głosem. - Ugotować się można.
Krzyś przyjrzał mu się zdezorientowany do reszty. Jarek pokiwał głową, nie wiadomo - zachęcając do podjęcia tematu lub raczej przynaglając do odjazdu. Tknięty impulsem Krzysztof ruszył wreszcie z miejsca, odkładając rozważania na potem.


Przez całą drogę nie odezwał się ani słowem. Nie musiał. Z niepokojem przysłuchiwał się paplaninie Jarka, roztrząsającego szkodliwą wymowę jakiegoś hollywodzkiego gniota. Potem komentował widoki za oknem, wspominając stare, piękne czasy, kiedy w Sopocie, Redłowie i Gdyni działały trzy gejowskie knajpy naraz.
- Możesz mnie tu wysadzić - stwierdził wreszcie, ledwie minęli opłotki miasta. - Dalej sobie jakoś poradzę.
- Jesteś umówiony? - Krzyś zwolnił posłusznie i zjechał na pobocze.
- Nie, chyba będę wracał - nie wydawało się, by Jarkowi cokolwiek sprawiło jakąś różnicę. Mógł jechać dokąd bądź, jakby wystarczyło, że oddalają się coraz bardziej od tajemniczego zaułka.
- Słyszałem, że nie bywasz w domu - zagadnął Krzyś. Jarek przyjrzał mu się badawczo.
- Darek - stwierdził z rezygnacją.
- Mógłbyś się chociaż odezwać - napomniał Kris. - Martwią się o ciebie.
- Jeszcze nie mogę - zmarkotniał Jarek - za wcześnie, to trochę potrwa...
Odpiął pasy i wysiadł.
- Przekaż im proszę, że u mnie w porządku - powiedział cicho przez okno. Zawahał się krótko, ale w końcu dodał. - Robert wyjechał, nocuję u niego, ale proszę: nie mów o tym nikomu.
Jeszcze tylko klepnął krótko na pożegnanie w blachę drzwi i sprawnie zniknął za węgłem samotnie stojącego budynku.

wtorek, 3 lutego 2004

Modlitwy

Lech z ulgą odłożył słuchawkę. Zupełnie odwykł od rozmów z klientami, do których po powrocie z przedłużającego się urlopu odnosił się z coraz trudniejszym do ukrycia dystansem. Rozważał nawet odejście z firmy. Zresztą coraz mniej brakowało, by nie musiał nic robić w tym kierunku: pogłoski o jego rychłym odejściu gwałtownie traciły znamiona niepotwierdzonych plotek, powtarzanych ukradkiem w zaułkach biurowych toalet. Przed zwolnieniem chroniły go chyba już tylko znajomość z prezesem i dotychczasowe zasługi dla spółki.
Jemu samemu coraz mniej na czymkolwiek zależało. Jeśli nadal pokazywał się w firmie, to tylko ze względu na świadomość kosztów opieki nad Pi - teraz, kiedy leżał w szpitale, ale przede wszystkim potem, kiedy się wreszcie wybudzi. Rehabilitacja będzie z pewnością żmudna, i pochłonie majątek.
Nie przyjmował do wiadomości faktu, że być może nigdy do tego nie dojdzie. Doskonale rozumiał powagę sytuacji, z uwagą wsłuchiwał się w nieodmiennie powtarzalne prognozy przemiłych lekarzy, którzy mimo najszczerszych chęci mogli jedynie zalecić dalsze oczekiwanie.


Przyjazd matki Pi i zmienił wszystko. Tamtej nocy z pomocą Roberta ogarnął pobieżnie mieszkanie, w którym po rozstaniu z Piotrem nic nie zmienił, dając w ten prosty sposób wyraz swoim głębokim nadziejom. Pochowali głęboko do szuflad wspólne fotografie, ściągnęli ze ścian co odważniejsze akty, usunęli z widoku filmy i czasopisma. Kiedy rano budzik i telefon zadzwoniły jednocześnie, Roberta już nie było. Leszek odświeżył się pospiesznie i w ostatniej chwili ruszył na dworzec.
Jej wygląd zaskoczył go bardzo, choć znał ją doskonale ze zdjęć. Mimo usilnych starań nie potrafił uwierzyć w faktyczne jej istnienie. Niższa, niż się spodziewał, jak na swoje ponad sześćdziesiąt lat prezentowała się bardzo korzystnie: zadbana, ubrana tradycyjnie, choć nie przestarzale, wpatrywała się w niego przejrzystobłękitnymi oczyma. Starała się trzymać fason, tylko zaczerwienione obwódki wokół oczu w kontraście do bladej cery zdradzały zmęczenie. Sztywno wysunęła dłoń na powitanie.
Przedstawił się niepewnie. Wciąż nie wiedział, jak powinien ją traktować, a ona nie przejawiała chęci, by mu dopomóc. Postanowił symulować zażyłość, która usprawiedliwia jego troskę, a jednak nie rzuca podejrzeń na charakter związku. Z drugiej strony musiał liczyć się ze szczerymi pytaniami - każdy gest, drobny przedmiot w domu, telefon od przyjaciół - wszystko mogło go zdemaskować.
Szybko pogubił się we własnych intencjach. Czy wobec zaistniałej tragedii takie drobiazgi miały jeszcze jakiekolwiek znaczenie?


Już drugiego dnia budziła go tuż po szóstej, przypominając, że chce jechać do syna. sama wstawała dużo wcześniej, co ironicznie nazywała przypadłością sędziwego wieku. Na stole w kuchni czekały świeże bułki, następnego dnia także gazeta. Jej zapobiegliwość krępowała go, zwłaszcza że jednocześnie starannie podtrzymywała dystans właściwy obcej, choć życzliwej osobie. Zerkała na niego badawczo, ale o nic nie pytała. Sama zapominała się czasem na tyle, by opowiedzieć coś o swoim domu, dzieciach, dzieciństwie Piotra. Zaraz zamykała się szczelnie za nerwowo zaciśniętymi wargami. W nocy wydawało mu się czasem, że słyszy jej szloch, ale nie śmiał wstać i sprawdzać. Zupełnie nie wiedział, co mógłby jej powiedzieć.
Fascynowało go jej opanowanie i dyscyplina z jaką podchodziła do najdrobniejszego zajęcia. Jej precyzja i rzetelność całkowicie nie przystawała do sytuacji, ani nawet do wizerunku, jaki roztaczał wokół siebie jej syn: roztrzepany, zapominalski, nie przywiązujący szczególnej wagi do niczego ani nikogo. Gdyby nie podobieństwo rysów, nie przyszłoby mu do głowy doszukiwać się pomiędzy nimi jakiegokolwiek pokrewieństwa.
Personel szpitala przymykał oko na ich obecność. Sytuacja ustabilizowała się na tyle, że mogli przesiadywać przy Pi długimi godzinami. Poranny dyżur należał do matki. Po pracy dołączał do niej, wspólnie schodzili na obiad do bufetu, który okazał się nadspodziewanie przyzwoity. Gdy czuła się zmęczona, odwoził ją do domu. Sam wracał do kliniki, z uczuciem paradoksalnej ulgi siadał u wezgłowia łóżka, brał Piotra za rękę, i gładząc delikatnie delikatną skórę przypatrywał mu się uważnie, czekając na najmniejszy znak, drgnienie powiek.
Czasami wydawało mu się, że spokojny wyraz twarzy kochanka stanowi odpowiedź na jego rozpacz. Pochylał się do jego ucha i szeptał niekończące się modlitwy.


Droga na dworzec przebiegła w niekończącym się milczeniu. Minęły dwa tygodnie, od kiedy się spotkali, i Lech powoli zaczynał bać się świdrujących spojrzeń kobiety. Wiedział niewiele więcej, niż na początku. Nigdy przedtem nie zastanawiał się, jak mogłoby wyglądać ich spotkanie - Pi nigdy nie brał pod uwagę możliwości, że kiedykolwiek do niego dojdzie. Dyskusję na temat rodziny zbywał złośliwym chichotem i głupimi żartami.
Co zrobiłby teraz, gdyby obudził się nagle i zobaczył matkę obok siebie? Czy kobieta przemówiłaby wreszcie i powiedziała coś więcej, niż komunał na temat wczorajszego słońca i urody Trójmiasta? Na widok jej obojętności miał ochotę krzyczeć, przekonywać, że powinna siąść, jak on koło syna i przemawiać do niego czule, by wiedział, że ma jeszcze dokąd wracać…
Decyzję o wyjeździe przyjął bez zdziwienia i z poczuciem wszechogarniającej ulgi.


Stanęli oboje na skraju peronu, wpatrzeni w kierunek z którego za chwilę miał nadjechać pociąg.
- Ładna pogoda na podróż - stwierdził, podnosząc wzrok na niebo. Kobieta nawet nie drgnęła, przez dłuższą chwilę w ogóle nie reagowała.
- Nigdy mu na nas nie zależało - powiedziała wreszcie głucho. - Pojawiał się w domu jak jakiś gwiazdor. Błaznował przez dzień lub dwa, biegał, spotykał się z kolegami… Domem interesował się ledwie przez chwilę. Pytał i nie słuchał odpowiedzi, tylko o sobie potrafił mówić i opowiadać bez przerwy.
Umilkła bezradnie.
- To nie tak - zaprzeczył odruchowo, choć zdawał sobie sprawę z prawdy w słowach kobiety. - On po prostu…
Nad relacjami Pi z rodziną zastanawiał się od samego początku. Sam wielokrotnie odnosił wrażenie, że krewni stanowili dla uciążliwy obowiązek, którego trzeba dopełnić kilka razy w roku. Z trudem dawał się namówić na krótki telefon do domu, a co dopiero wspominać o odwiedzinach.
Przyjrzał się uważniej zaszklonym oczom kobiety.
- To naprawdę kochany chłopak - powiedział najspokojniej jak potrafił, żeby jej nie spłoszyć. - Nie zdaje sobie pani sprawy…
- Wiem - spojrzała mu prosto w oczy. - Ja tylko… Czuję się przy nim taka mała i samotna. Jakby mnie wcale nie było.
Zacisnęła wargi i pokręciła głową na znak, że nie chce dalej mówić. Nie potrafił się z nią zgodzić, choć przecież doskonale rozumiał, co miała na myśli. Już otwierał usta, kiedy znów mu przerwała.
- Niech pan już idzie - powiedziała chwytając go za rękę. - Nie ma sensu tak czekać, a ja sobie dalej poradzę.
- Zadzwonię, gdyby coś się działo - zapewnił. Odruchowo odwzajemnił uścisk. Pochylił się nad drobną kobietą i pod wpływem nagłego impulsu ucałował ją w policzek.
Spojrzała w górę zaskoczona, choć raczej mało zdziwiona.
- Dziękuję za wszystko - powiedziała cicho. Przez chwilę wyraźnie wahała się nad następnym zdaniem. Wreszcie stwierdziła z ociąganiem - Byłam ciekawa…
Uśmiechnął się blado.
- Ja też - przyznał. - Szkoda, że przy takiej okazji…
Pogłaskała go łagodnie po policzku.
- Jeszcze zdążymy - wyszeptała. - Jeszcze nic straconego…

wtorek, 20 stycznia 2004

Żonkile

Pociąg wjechał wreszcie na peron. Skąpany w promieniach słońca czerwony budynek dworca rozcinał bezchmurne niebo smukłą wieżą. Marek poczuł przyjemne ukłucie w sercu. Przyspieszony puls mógł przypisać przegrzaniu organizmu w szklarnianych warunkach przedziału, ale był na tyle rozsądny, by nie ukrywać przed sobą prawdziwego powodu ekscytacji. Fakt, że nie kontaktował się z Robertem w ostatnich dniach, i że ten nie spodziewał się jego przybycia, podnosił dodatkowo poziom melatoniny.
Poprzednim razem widzieli się zaledwie kilka godzin, a Marek miał wrażenie, że wydarzyło się tak wiele, jakby czas uległ w jakiś cudowny sposób zagęszczeniu. Na tyle, że miał nad czym myśleć przez pół nocy w hotelu i potem, gdy wczesnym rankiem odlatywał z lotniska. Nie żałował męczącej doby, z ledwością wyszarpniętej szefom, którym wymówił się od powrotu ważnymi okolicznościami. Zresztą, niewiele skłamał - okoliczności były ważne.
Teraz, kiedy tylko znów nadarzyła się okazja, bez wahania wypisał wniosek urlopowy. Wprawdzie pierwotnie zamierzał przyjechać do Polski dopiero na Wielkanoc, ale natłok wiosennych zajęć zaczął go powoli przytłaczać. Uznał. że w okresie świątecznym w redakcji i tak będzie spokojniej, a świadomość, że znów odwiedzi Trójmiasto tylko przesądziła sprawę. Pospieszne widzenie, mimo swej intensywności, a może właśnie dzięki niej, pozostawiło poczucie niedosytu, którego nie były w stanie wypełnić długie rozmowy telefoniczne.
Na te ostatnie zresztą też nie mógł sobie ostatnio pozwolić.


Od pierwszej chwili nie mógł oderwać od Roberta wzroku. Na sylwestrowej imprezie znalazł się przez przypadek, towarzyszył dziewczynie poznanej zaledwie kilka godzin wcześniej, w gejowskiej knajpie. Na sylwestra nad morzem namówiła go dawno nie widziana przyjaciółka z czasów studenckich. Odwołała przyjazd, kiedy był już na miejscu i uznał, że nie ma sensu wracać. Ostatecznie trafił na niejaką imprezę do obcego mieszkania, gdzie opiekunka porzuciła go natychmiast na rzecz starych znajomych.
Robert stanowił objawienie wieczora: szczupły na niemal chłopięcy sposób, w swym wszechogarniającym smutku emanował nieadekwatnym pięknem, doskonale wybijającym się na tle rozbuchania wokoło. Kiedy wreszcie stanęli twarzą w twarz, przeraziła go bladość skóry, rozpaczliwa pustka w nienaturalnie błyszczących oczach, wołających o pomoc. Bez namysłu ruszył za nim, próbował zatrzymać, a gdy zniknął mu z oczu, rozpoczął poszukiwania samochodem.
Wykąpany Robert dawno już spał, rzucając się niespokojnie na łóżku, a on siedział w kuchni przy kolejnych kubkach herbaty i dokonywał bilansu swojego życia. Do tej pory uciekał przed podsumowaniami w obawie i przeczuciu, że pozytywny obraz, który podtrzymywał przed sobą i światem, rozsypie się w konfrontacji z rzeczywistością.
Dramatyczne rozstanie dawno przestało boleć, finansowo i zawodowo powodziło mu się jak najlepiej i dla własnej wygody wolał uznać, że powodzi mu się znakomicie. Podejmował się coraz to nowych prac, przesiadał się z samolotu na samolot, nie nadążał za zmianami stref czasowych, a jednak i tak został zmuszony do stawienia czoła samemu sobie.
Pierwszego stycznia nad ranem musiał przyznać, że w gruncie rzeczy trwa w położeniu niewiele lepszym od Roberta. Nadmiarem zajęć próbuje zagłuszyć nieznośne poczucie osamotnienia w obcym kraju, gdzie już nic go nie trzyma. Stracił faceta, odwrócili się od niego znajomi, a nie miał ochoty organizować sobie wszystkiego od początku. Poświęcił się całkowicie pracy, żeby tylko o tym nie myśleć.
Nie wiedział jeszcze, jak to zmienić, ale był pewien, że dłużej nie wytrzyma.


Wybrał dłuższą drogę, dając sobie czas na ostatnie przemyślenia. Czuł się podekscytowany jak podlotek, nie podejrzewał siebie o zdolność do takich przeżyć. Z rozmowy na rozmowę, od listu do listu, jego czułość dla Roberta wzrastała. Starał się z nią nie afiszować wiedząc, po jakich jest przejściach i zdając sobie sprawę, że bezsensownym byłoby angażowanie się w układ na taką odległość. A przecież nie potrafił się powstrzymać, żeby znów nie przyjść pod te same drzwi.
Jakaś kobieta wychodziła właśnie z budynku. Skorzystał z okazji i wśliznął się na klatkę schodową. Odległość pomiędzy piętrami pokonał skacząc co drugi stopień. Na kolejnym zakręcie o mało nie zahaczył o poręcz pękiem żonkili.
Z mieszkania dobiegała rytmiczna muzyka. Uświadomił sobie, że słyszał ją także przez otwarte okna przed domem. Przytrzymał dłużej przycisk dzwonka, ale bez skutku. Dla pewności zadzwonił jeszcze raz, jeszcze dłużej.
Przez chwilę nic się nie działo, potem łomot gwałtownie ucichł. Zapukał energicznie w nadziei, że Robert nasłuchuje. W przedpokoju rozległy się przyspieszone kroki.
- Już otwieram - zawołał jakiś głos. Drzwi otworzyły się z rozmachem. Niemal wyskoczył zza nich jakiś małolat.
- Nie możesz znaleźć klucza? - wyrzucił jeszcze z siebie, zanim dotarło do niego, co widzi i zamilkł.
- Nie mam klucza - Marek uśmiechnął się przepraszająco i rozłożył bezradnie ręce.
- Przepraszam, myślałem…, że to… Robik - tamten szybko odzyskał rezon. Lustrował Marka ze słabo tłumionym zainteresowaniem. Bosy, rozczochrany, ubrany w dresy najwyraźniej czuł się jak u siebie.
- Czyli go nie ma? - Marek z rozbawieniem obserwował emocje, malujące się na spoconej od wysiłku twarzy.
- Ale zaraz wróci - wysapał chłopak nie odrywając spojrzenia od bukietu - Mogę w czymś pomóc?
- Nie byłem umówiony - stwierdził Marek. - Po prostu wrócę za godzinę.
- Masz coś do załatwienia? - zapytał tamten przytomnie. Jego bezpośredniość zbiła Marka z tropu na tyle, że pokręcił głową. - To wejdź - chłopak otworzył szeroko drzwi. - Tylko szybko, bo jest przeciąg. Właśnie kończę mycie… Robik pojechał na zakupy, czekam z obiadem, bo jedziemy do szpitala.
Marek w zdumieniu słuchał jego tyrady. Usiadł odruchowo na krześle i przyglądał się zwinnym skokom po parapecie. Chwilę później zasunięte firanki dopełniły porządku i chłopak stanął w rozbiegu niepewny, za co zabrać się w następnej kolejności. Dopiero wtedy znów przyjrzał się przybyszowi.
- Dobry jestem - klepnął się w czoło - przecież się nie znamy!
- Noo… nie - Marka coraz bardziej bawiła oczywistość jego reakcji. Nagle wyobraził sobie, że zapewne tak właśnie zachowywał się Robert kilka lat temu. Podobieństwo budowy, ruchów i mimiki było uderzające. Czyżby jakiś bratanek albo siostrzeniec?
Uznał za stosowne przejąć inicjatywę. Wstał i wyciągnął rękę.
- Marek - przedstawił się.
- Miki - odparł tamten niemal dygając. - Mieszkam tu przelotem.
Nawet uśmiechał się tak samo, z pewną dozą nieśmiałości i skrępowania.
- Daj, wstawię je do wody - powiedział wskazując na żonkile. - Szkoda by było, są naprawdę piękne.

niedziela, 4 stycznia 2004

Rodzina zastępcza

Darek z ulgą odwiesił kurtkę. Od rana kursował po mieście, załatwiając sprawy, nawarstwiające się od tygodni. Temperatury skoczyły gwałtownie do góry, zaskakując najzagorzalszych zwolenników wiosny: z ledwością wytrzymywał w skórze, zwłaszcza w przegrzanych sklepach i urzędach.
Zajrzał do pokoju. Troy siedział w foteliku przy uchylonym balkonie: Stopy wsparte na wysokim progu, głowa złożona na oparciu, oczy utkwione nieruchomo w nieokreślony punkt na zewnątrz. Nie licząc odgłosów zabawy dzieci z podwórza i szumu samochodów w tle, w mieszkaniu panowała absolutna cisza.
- Cześć, co porabiasz? - zapytał Darek.
- Rozpaczam - westchnął Troy. - Zupełnie nie wiem, co robić.
- Jak wszyscy, zdaje się - zażartował. - Dziwna ta wiosna.
- Dziwna zima, dziwna wiosna - rzucił Tadzio. - Potem przyjdzie dziwne lato…
Darek przyjrzał mu się uważniej.
- Hej, co jest? - zapytał.
- To co zawsze - Troy wzruszył ramionami.
- Ojciec? - zgadł bez trudu.
Troy pokiwał głową.
- Znów przyczaił się na uczelni - powiedział. - Już nie wiem, którą drogą wracać. Ostatnio się uspokoił i myślałem, że nareszcie odpuścił. Najwyraźniej trochę go przypiliło…
- Czego chciał?
Tego też łatwo się było domyślić.
- Forsy i tak w ogóle - potwierdził. - Udawałem, że go nie zauważam, więc zrobił przedstawienie na pół ulicy. Wyzywał od pedałów, kurew i innych takich…
Darek położył mu rękę na ramieniu.
- Uciekłem - westchnął Troy. - Jak zwykle.
- Trzeba coś z tym zrobić - stwierdził Darek. - W ten sposób sprawa będzie się ciągnąć w nieskończoność.
- Wiesz, czasem chciałbym, żeby… - zaczął Troy, ale Darek położył mu palec na ustach.
- Ciiiiii… - szepnął. Ciepło miękkich warg zaskoczyło go, choć był na nie przygotowany. Cofnął rękę i odchrząknął półgłosem.
- Zastanowimy się… - powiedział.
Uśmiechnęli się do siebie. W ostatnim czasie Darek łapał się na tym, że wymiana podobnych gestów i sygnałów wywoływała w nim coraz żywsze doznania. Przechodząc obok Troya nie potrafił się opanować: głaskał go bezwiednie po miękko opadających włosach, kładł dłoń na karku, muskał świeżo założoną koszulę. Troy zwykle nie reagował, zbyt pochłonięty swoimi myślami.
- Zazdroszczę wam - powiedział właśnie - strasznie jesteście ze sobą zżyci.
Darek przysiadł na skraju krzesła po drugiej stronie stolika.
- To znaczy?
- Zupełnie się różnicie, a zawsze znajdziecie dla siebie czas. Niedawno wszyscy krytykowali Pi, miałem wrażenie, że czasami mieliście ochotę nieźle złoić mu skórę. A teraz, sam nie wiem… Zachowujecie się, jak rodzina, pewnie nawet lepiej.
- Przyjaciel to ktoś, kto wie o tobie wszystko, i mimo to wciąż trwa przy tobie - powiedział Darek.
Troy spojrzał na niego zaskoczony.
- Nie patrz tak, to nie moje - zaśmiał się Dario - dostałem esemesem. Nie wiem nawet od kogo. A właściwie wiem, sprawdziłem numer, tyle że nic mi nie mówi. Ale to chyba nie ma znaczenia, w życiu tak wiele ważnych rzeczy dzieje się przez przypadek…
Umilkł skrępowany, nagle poczuł się jak kaznodzieja. Wychylił się przez oparcie fotelika i wyjrzał na podwórze. Troje dzieci biegało ze śmiechem między kępami krzewów. Rabatki po drugiej stronie placyku nagle zakwitły, wydawało mu się, że wczoraj nie pokrywały ich jeszcze ani żonkile, ani czerwień papuzich tulipanów.
Miał ochotę zbiec na dół, ściąć je wszystkie i przynieść tu, do domu. Troy na pewno by się ucieszył, jak tylko on potrafi: z tym swoim lekkim zmrużeniem oczu i wyrazem błogości na twarzy. Zachwycił by się zapachem, z lubością dotykał płatków? A może zagniewałby się, że w wazonie skazane są na szybkie zwiędnięcie ot tak, dla ludzkiej zachcianki?
- Dzwonił… Miki…? - Troy upewnił się, czy dobrze pamięta imię. - Podobno nic pilnego ale prosił, żebyś się odezwał.
- No właśnie -Darek przytaknął swojej poprzedniej myśli. - Miły chłopak z niego. Trochę narwany, ale się sprawdził.
- To znaczy? - Tadzio nie orientował się w sprawie.
- Taki… niebieski ptaszek - wyjaśnił Darek. - Z tych, co kręcą się wokół dworca. Masz szczęście, jak nie walną cię w łeb i wyjdą rano bez jakiejś pamiątki…
Troy kręcił z dezaprobatą głową.
- No wiesz, naprawdę… - westchnął.
- Niejedno widziałem - uśmiechnął się Darek pod nosem. - Zresztą wszyscy się pomyliliśmy. Chłopak gotuje, sprząta, wozi prowiant do szpitala. Robert nie ma do niczego głowy, a Lech tym bardziej, całkiem jest rozbity. Przed matką Pi musi trzymać fason, sytuacja jest paranoiczna, przecież w domu nikt nic nie wie. A może i wie, ale nie chce wiedzieć, to nie okazja, żeby sprawdzać.
- Ile to może jeszcze potrwać? - zapytał ostrożnie Troy.
- Lekarze sami nie wiedzą, nawet latami, miesiącami. Lech zatrudnił prywatne pielęgniarki, żeby wciąż przy nim czuwały. Prawie przestał pokazywać się w pracy, twierdzi, że i tak go wyleją. Aż boję się pytać…
Zwiesił głowę. Wszystko wokół komplikowało się niemal z dnia na dzień. Choć żadne z ostatnich wydarzeń nie dotyczyło go bezpośrednio, z niepokojem czekał na ciąg dalszy.
- Masz jakieś konkretne plany? - zapytał nagle.
- Zależy… - zaczął ostrożnie Troy.
- Pojedziesz ze mną do niego?
- No, nie wiem… Mogę?
- Na pewno się ucieszy. A mnie będzie dużo raźniej. Poza tym pójdziemy pieszo, taka pogoda aż się prosi o przechadzkę.
- Szczerze mówiąc nie wiem, jak się zachować… - Troy splątał w zakłopotaniu szczupłe palce dłoni. - Nie potrafiłbym tak… zwyczajnie…
- Lech potrzebuje teraz ludzi - powiedział Dario.
- Wiem, ale mimo wszystko… Pewnie zacznę ryczeć…
- Żaden wstyd. Mam wrażenie że wszyscy to ostatnio robimy - Darek próbował obrócić wszystko w żart, ale kiedy po raz pierwszy zobaczył Lecha na szpitalnym korytarzu, sam miał ochotę siąść i zapłakać.
Zamilkli obaj. Darek z całych sił próbował nie zerkać na smutek chłopaka.
- Wciąż o niej myślę - powiedział Troy po chwili wahania. - Śni mi się prawie codziennie.
- To normalne - Darek pogładził go po włosach.
- To było straszne - ciągnął chłopak. - Wszystko na mojej głowie. Ojciec przepił z kumplami ubezpieczenie, niczego nie załatwił, na stypę zrzucali się krewni, na miejscu…
Przełknął głośno ślinę.
- Wiedzieli w czym rzecz, ale nikt nie spytał, czy mi pomóc. Rozjechali się do domów, i tyle…
Darek wbił wzrok w drzewo po drugiej stronie odległej ulicy i zacisnął szczęki. Miał ochotę paść na kolana, przyciągnąć Troya do siebie, scałować cały żal z jego twarzy, zetrzeć palcami troski z powiek, pokrzepić swoim ciepłem.
- Nigdy za nami nie przepadali… - mówił Tadzio - czasem ktoś do nas wpadał na jeden dzień, ale tylko przez wzgląd na mamę. Uciekali wcześniej, cichaczem, zawstydzeni. Nienawidziłem ich za to.
Urwał nagle, nie wiedzieć, zakłopotany czy zacięty w swej zawziętości do podmiejskich krewnych.
- Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił - powiedział nagle cicho.
"Ja też", pomyślał Darek i przez krótką chwilę sam się zastanawiał, co konkretnie miał na myśli.
- Chodź na spacer - poprosił i chwycił go mocno za rękę. - Zobaczysz, dobrze nam zrobi…
Spojrzeli na siebie. W oczach Tadzia pojawiły się znajome ogniki i Darek pomyślał, że zrobi wszystko, byle tylko nie więcej nie znikały.
- Nie ubieraj się za grubo - wskazał na niebo i słońce za oknem. - Kurtkę możesz sobie darować.
- Sweter? - zastanowił się Troy.
- Ten granatowy - Darek mrugnął porozumiewawczo. - Świetnie w nim wyglądasz.
Blog Okroochy stanowi część platformy QueerPop.pl (cc) 2005-2008 by pietras
Wszystkie teksty autorstwa pietras/koosie/kusy/Marcin Pietras na tej stronie objęte są licencją
Creative Commons 2.5PL (Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Bez utworów zależnych)